MODLITWA JEŃCA.
|
Reeser-Lager, Steyerberg 1943 Minęły trzy dni, od kiedy tu jesteśmy. Myślę, że długo będę musiał przyzwyczajać się do tego wszystkiego. Do tych drutów, posterunków strażniczych, głów w hełmach, absurdalnej pracy, a przede wszystkim do tej zbieraniny ludzi.
Mój Boże, dopiero trzy dni. A gdyby to miało trwać miesiące, może lata...
Straciłem wszystko, nawet nazwisko. Wczoraj wieczorem w magazynie „oni” nazwali mnie numerem. Jestem 5432.
Nigdy tak naprawdę nie wiedziałem, co to znaczy być jeńcem. Wolność wydawała mi się czymś tak naturalnym... Nagle poczułem się bliski tym z Twojego Kościoła, których ludzie z Kartaginy czy Rzymu wysyłali do kopalń albo na galery. Panie, jestem trochę jednym z nich.
Bez tej chwały, bo oni, jeśli cierpieli, to dla Ciebie.
Ze mną jest inaczej. Jestem tutaj „z powodu okoliczności”. Bo potrzeba było ludzi, bo moje nazwisko figurowało na jakiejś liście.
Wszystko jest anonimowe w całej tej sprawie. Wszystko. Nie znam twarzy niemieckiego biurokraty, który podpisał nakaz zatrzymania mnie; nie znam powodów, dla których „oni” umieścili mnie tutaj, a nie gdzie indziej. Nie wiem też, jak się to wszystko skończy.
Panie, najbardziej obrzydliwa jest ta anonimowość. Z dnia na dzień stałem się przedmiotem. Przedmiotem zaledwie trochę bardziej doskonałym od miotły. Narzędziem, którego „oni” potrzebują do obsługi jakiejś maszyny. Bo tak się składa, że „oni” jeszcze nie mogą obejść się bez ludzi, żeby działały te ich maszyny. Numer 5432 przydzielony jest do 28.
Wiesz, Panie, że boję się wielu rzeczy. Ale najbardziej obawiam się, żebym nie przyzwyczaił się do tego, żebym nie stracił tu mojego nazwiska, mojej duszy.
Boję się, żebym nie przeklął mojego pokonanego kraju i „ich” kraju zwycięskiego. Żebym się nie mścił, później, kiedy „oni” przegrają.
Panie, przebacz mi. Dziś wieczór nie potrafię szczerze powiedzieć Ojcze nasz.
|
|
|









